Włodawscy mundurowi prowadzą postępowanie w sprawie kradzieży kłódki, do której doszło w pobliżu wodowskazu na rzece Bug we Włodawie. Z ustaleń funkcjonariuszy wynika, że nieustalony sprawca, w niewyjaśnionym czasie, dokonał zaboru w celu przywłaszczenia kłódki zabezpieczającej bramę, znajdującą się obok słynnego w całym kraju punktu pomiaru poziomu wody. To właśnie stąd od lat przekazywane są komunikaty hydrologiczne, w tym znany wielu Polakom radiowy komunikat: „Na Bugu we Włodawie... 123 cm, przybyło 3”.
Na miejscu funkcjonariusze przeprowadzili oględziny i zabezpieczyli ślady pozostawione przez sprawców. Prowadzone postępowanie ma na celu ustalenie tożsamości sprawcy kradzieży i odzyskanie utraconego mienia. Służby apelują do wszystkich osób, które mogły zauważyć kogoś kręcącego się w rejonie bramy lub niosącego kłódkę pobliskimi ulicami miasta. Mundurowi przeszukali już okoliczne skupy złomu, jednak nie znaleźli śladów kłódki ani jej elementów.
Funkcjonariusze przypominają, że kradzież kłódki jest traktowana jako wykroczenie lub przestępstwo, w zależności od jej wartości.
^p^
tv.wlodawa.net
masz wideo wyślij nam link:. echo@wlodawa.net
Dodatek specjalny
Drodzy Czytelnicy, tradycyjnie, pozwoliliśmy sobie na primaaprilisowy ヅ żart. Wszystkim którzy dali się nabrać, mówimy "Prima Aprilis". Tym, którzy poznali się na naszym dowcipie gratulujemy czujności i zachowania powagi gry ヅ Kłódka na bramie przy wodowskazie nadal wisi jak wisiała, i niech cieszy oko tak mieszkańców Włodawy jak i wszystkich turystów odwiedzających nasze miasto i znany w całej Polsce wodowskaz na Bugu we Włodawie ..
We Włodawie dzieją się rzeczy nowoczesne i widowiskowe. Mapping 3D, animacje, projekcje na ścianach – Europa, KPO, rozwój i multimedia. Można wręcz odnieść wrażenie, że standardami dogoniliśmy największe metropolie. Jest tylko jeden drobny szczegół: we Włodawie doczekaliśmy się właśnie nowej, niezwykle ciekawej kategorii informacji niejawnych. To już nie dokumenty wojskowe czy dane operacyjne policji, ale coś znacznie „poważniejszego”. Tajemnicą państwową stało się to, komu dyrektor Włodawskiego Domu Kultury Łukasz Zdolski, zapłacił publicznymi pieniędzmi za wyświetlanie tak zwanego wideo mapping 3D coś ala animowanych „zajączków" na ścianie Czworoboku w noc sylwestrową, albo autorska realizację światła.
Sprawa nie dotyczy wyłącznie wideo-mappingu 3D, który uświetnił „Sylwestra na końcu Polski”, ale również innych pozycji z kosztorysu tej plenerowej imprezy przy pomniku Rzeczpospolitej Włodawskiej. Koszt „wideo-zajączków” – zgodnie z uzyskanym dokumentem – wyniósł 6150 zł. Nie były to pieniądze z prywatnego portfela dyrektora, ani ze zrzutki mieszkańców. To środki publiczne pochodzące z Krajowego Planu Odbudowy, czyli w praktyce fundusze unijne NextGenerationEU obecnego cyklu unijnych Funduszy Europejskich 2021–2027. Wydatki realizowane przez Włodawski Dom Kultury rządzą się jednak dziwną logiką. Co ciekawe, przy jednej z faktur opiewającej na 55 000 zł nie było problemu z podaniem nazwy wykonawcy. Czyli można? Można! Jednak przy mniejszych fakturach i umowach o dzieło za usługi podczas tej samej imprezy, nagle pojawia się magiczna bariera: „ochrona danych osobowych”.
Mieszkańcy miasta nie mają prawa wiedzieć?
Kiedy padło pytanie, komu dokładnie wypłacono pieniądze, odpowiedź była zdumiewająca. Okazało się, że mieszkańcy miasta nie są organem kontrolnym, a wykonawcy rzekomo nie wyrażają zgody na ujawnianie ich wynagrodzeń. Interesujące! Włodawska interpretacja prawa jest prosta: pieniądze są publiczne, ale informacja o tym, do czyjej kieszeni trafiły, jest już prywatna. Najbardziej symboliczny w tym wszystkim jest właśnie mapping na Czworoboku. Z przodu mamy kolorowe animacje, efekty i „europejskość”, a w tle starą, źle kojarzącą się zasadę: „Patrzcie, jak wydajemy wasze pieniądze, ale nie pytajcie, komu za to płacimy”.
Znajomi królika czy ochrona danych?
Powstaje sytuacja absurdalna. Przy dużych kwotach przejrzystość istnieje, ale przy mniejszych nagle zapada kurtyna z napisem „tajne”. Można odnieść wrażenie, że dyrektor Zdolski usilnie próbuje ukryć, kto stał za realizacją tych „nowoczesnych zajączków”. Czyżby za projektorem stali „znajomi królika” ?
We Włodawie narodziła się nowa zasada finansów publicznych:
• Duże kwoty są jawne. • Małe kwoty są wrażliwe. • Zajączki 3D są najwrażliwsze i ściśle tajne.
Czas na ruch Samorządowego Kolegium Odwoławczego
Najbardziej ironiczny jest fakt, że wszystko to dzieje się w ramach programów, które mają promować transparentność i obywatelski dostęp do informacji. Tymczasem mieszkaniec Włodawy dowiaduje się, że jego rolą jest płacenie, a nie kontrolowanie wydatków kogoś, kto – jak sugeruje dyrektor Zdolski – „wykonawcy, nie wyrażają zgody na ujawnienie wysokości wynagrodzeń” – co akurat dyrektor Zdolski sam uczynił udostępniając nam ich wynagrodzenia, ale najwyraźniej wstydzi się polecić dobrych fachowców innym i symbolem tej „nowoczesności” na długo pozostaną poufni twórcy autorskich świateł i wiekopomnych zajączki 3D na ścianie Czworoboku, za które dyrektor zapłacił naszymi pieniędzmi osobom znanym tylko jemu.
Włodawa to nie prywatny folwark. Mieszkańcy mają prawo wiedzieć, komu i za co płacą. Skoro dyrektor Zdolski nie chce odpowiedzieć nam, złożyliśmy oficjalną skargę do Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Chełmie. Nie odpuścimy, dopóki zajączki nie wyjdą z cienia autorskiej realizacji światła.
Do redakcji wlodawa.net trafił e-mail od czytelniczki dotyczący wpisu burmistrza Wiesława Muszyńskiego na fb.com, w którym poinformował, że został jednogłośnie wybrany do Zarządu Krajowego Nowa Lewica. Wpis może sugerować duży osobisty sukces polityczny, jednak sprawa nie jest tak jednoznaczna, jak może się wydawać.
Z informacji przekazanych redakcji wynika, że podczas kongresu partii głosowanie mogło odbywać się nad całą listą kandydatów do zarządu, a nie nad pojedynczymi kandydatami. Jeśli liczba kandydatów była równa liczbie miejsc w zarządzie, głosowanie polegało na zatwierdzeniu całej listy, a nie na rywalizacji między kandydatami. W takiej sytuacji wszyscy kandydaci zostają wybrani jednocześnie i uzyskują taki sam wynik głosowania.
Formalnie więc informacja, że ktoś został wybrany do Zarządu Krajowego, może być prawdziwa. Pytanie dotyczy raczej sposobu przedstawienia tego faktu, ponieważ dla odbiorcy może to wyglądać jak indywidualne zwycięstwo w wyborach, a w rzeczywistości może chodzić o zatwierdzenie całej listy kandydatów.
Co napisał burmistrz
Na swoim profilu burmistrz poinformował, że:
„miło mi jest poinformować, że głosami Koleżanek i Kolegów jednogłośnie zostałem wybrany do Zarządu Krajowego Partii”.
Z wpisu można odnieść wrażenie, że był to osobisty sukces polityczny, wynik rywalizacji lub szczególnego poparcia delegatów.
Dlaczego to ma znaczenie
Dla przeciętnego mieszkańca miasta Włodawa informacja o wyborze do władz krajowych partii brzmi jak duży sukces polityczny i dowód silnej pozycji w partii. Jeżeli jednak wybór polegał na zatwierdzeniu całej listy kandydatów, a kandydatów było tyle ile miejsc, to trudno mówić o rywalizacji, zwycięstwie czy pokonaniu innych kandydatów. I właśnie dlatego część osób uważa, że wpis burmistrza był bardziej zabiegiem wizerunkowym niż informacją oddającą rzeczywisty przebieg wyborów.
Warto również zaznaczyć, że statut partii Nowa Lewica, który reguluje sposób wyboru władz, jest publicznie dostępny. Statut „Nowej Lewicy” został opublikowany np w domenie Sojusz Lewicy Demokratycznej i datowany jest na 20 grudnia 2019 r. Dokument określa zasady wyboru władz partii, w tym Zarządu Krajowego, przez Kongres partii.
Każdy może więc sam sprawdzić zasady wyboru władz partii i ocenić, czy wpis burmistrza był zwykłą informacją, czy raczej delikatnie mówiąc zabiegiem wizerunkowym, na miarę naszego podwórka.
Mieszkańcy Włodawy mają do Brześcia rzut beretem – zaledwie kilkanaście kilometrów. Jednak w marcu 2026 roku ta krótka trasa to wyprawa między dwoma alternatywnymi rzeczywistościami cenowymi. Podczas gdy na polskich stacjach za litr Pb95 płacimy średnio 6,50 PLN, tuż za granicą, w Brześciu, państwowy koncern Belneftekhim serwuje nam cenę, która brzmi jak wspomnienie z lat 90.: ok. 3,12 PLN. Czy warto odpalić auto i ruszyć na wschód? Sprawdziliśmy, jak wygląda taka hipotetyczna podróż i na co musisz się przygotować.
Rachunek jest prosty, ale...
Zacznijmy od konkretów. Tankując do pełna typowy bak (60 litrów) w Brześciu, płacisz ok. 187 PLN. W Polsce ta sama operacja kosztuje ok. 390 PLN. Zostaje Ci w kieszeni ponad 200 złotych na jednym tankowaniu. Do tego możesz legalnie zabrać 10 litrów w kanistrze (kolejne 30 zł oszczędności).
Jeśli jednak zdecydujesz się na wyjazd, pamiętaj, że białoruska milicja (GAI) jest niezwykle skrupulatna. Twoja apteczka musi być „na bogato” – wymagane są m.in. roztwór amoniaku, jodyna i nożyczki z zaokrąglonymi końcówkami. Za brak jednego elementu grozi mandat.
Ubezpieczenie: Musisz wykupić białoruską polisę graniczną (ubezpieczenie OC, wiele polskich firma takie oferuje nawet we Włodawie lub Terespolu ) na przejściu.
Waluta: Na stacjach zapłacisz wyłącznie rublami białoruskimi (BYN). Zapomnij o złotówkach czy euro przy dystrybutorze, ale można wymienić walutę na dworcu PKP w Terespolu, albo w Brześciu, bankomant który obsługiwał w 2025 roku zachodnie karty znajdował się w pobliżu bazaru.
Wyjazd z Włodawy do Brześcia po paliwo to matematyczny majstersztyk, który rozbija się o ścianę czasu na granicy. Jeśli masz wolny dzień, cierpliwość anioła i pełny, oryginalny bak do zalania – Twój portfel Ci podziękuje. Jeśli jednak czas to dla Ciebie pieniądz, cena 6,50 zł na lokalnej stacji we Włodawie może nagle wydać się... mniej bolesna.
Barokowy kościół św. Ludwika we Włodawie uchodzi za jedną z najcenniejszych realizacji sakralnych regionu. Monumentalna bryła, bogate polichromie, rozmach fundacji. Oficjalna narracja mówi o pobożności i hojności fundatora. Rzadziej zadaje się pytanie, skąd w pierwszych dekadach XVIII wieku wzięły się środki na tak kosztowną inwestycję.
Na początku XVIII wieku Rzeczpospolita była wyniszczona wojną północną. Skarb świecił pustkami, a chaos monetarny sprzyjał nadużyciom. Jako podskarbi litewski Pociej miał realny wpływ na emisję pieniądza w Wielkim Księstwie Litewskim.
W latach 1706–1709 rozpoczęto masowe bicie monet o zaniżonej zawartości srebra, głównie szóstaków i tynfów. W obiegu zaczęto je nazywać "pociejówkami". Mechanizm był prosty: moneta miała wysoką wartość nominalną, lecz realna zawartość kruszcu była znacznie niższa. Różnica trafiała do kieszeni emitenta i jego współpracowników.
Nie chodziło o prymitywne fałszerstwo w piwnicy. Emisja odbywała się przy wykorzystaniu mennic, także poza granicami państwa, między innymi w Królewcu. W praktyce oznaczało to zalew rynku pieniądzem gorszej jakości, inflację oraz wypieranie dobrej monety przez złą, zgodnie z prawem Kopernika Greshama. Współcześni ironicznie tłumaczyli inicjały L.P. widniejące na monetach jako "Ludzki Płacz".
Żołd w złej monecie, podatki w dobrej
Zarzuty wobec Pocieja nie dotyczyły wyłącznie samego bicia gorszej monety. Oskarżano go o przyjmowanie podatków w dobrej monecie, a wypłacanie zobowiązań, w tym żołdu wojsku, w pieniądzu zaniżonej wartości. To prowadziło do napięć i konfederacji wojskowych.
Chroniła go polityczna pozycja i silne zaplecze. Był stronnikiem króla Augusta II Mocnego, utrzymywał także relacje z dworem rosyjskim i carem Piotr I Wielki. Lawirował między stronnictwami, skutecznie unikając realnej odpowiedzialności. W tym samym czasie budował swoją pozycję jako fundator kościołów i klasztorów.
Do Włodawy Ludwik Konstanty Pociej sprowadził Zakon Paulinów z Jasnej Góry. Kościół otrzymał wezwanie św. Ludwika Króla, wyraźne nawiązanie do imienia fundatora. Był to czytelny znak: oto magnat buduje "pomnik" swojej potęgi na rodowych ziemiach.
8% prowizje od 10 tys. zł lokowanych na kahale brzeskim - czyli żydowska gmina wyznaniowa, wypłacała klasztorowi we Włodawie 800 zł,
20 tys. tynfów w Komorówce,
30 tys. zł zapisane u Katarzyny Czackiej,
w 1722 roku zapis 50 tys. zł i 10 tys. talarów na rzecz klasztoru dla 18 zakonników.
To ogromne sumy jak na realia wyniszczonego wojną państwa. Kluczowe jest jednak zestawienie dat. Najintensywniejszy okres emisji "pociejówek" przypada na lata bezpośrednio poprzedzające i towarzyszące organizacji fundacji. Właśnie wtedy powstaje finansowy fundament pod włodawski klasztor.
Czy budowniczowie otrzymywali "pociejówki"?
W oficjalnych dokumentach klasztornych nie znajdziemy zapisu: zapłacono monetą zaniżonej próby. Kościół nie miał interesu w podkreślaniu jakości otrzymywanego pieniądza. Jednak z kontekstu ekonomicznego wynika wysokie prawdopodobieństwo, że w dobrach Pocieja narzucano do obiegu właśnie jego monetę. Jeżeli wojsko otrzymywało żołd w gorszym pieniądzu, trudno zakładać, że rzemieślnicy, murarze sprowadzeni z Lublina czy dostawcy materiałów budowlanych byli traktowani lepiej. Realna siła nabywcza wypłat mogła być znacznie niższa niż wynikało to z nominału. W ten sposób część kosztów budowy przerzucano na wykonawców i lokalną społeczność.
Fundacja jako narzędzie oczyszczania wizerunku
W epoce baroku fundacje religijne często pełniły funkcję nie tylko duchową, ale i wizerunkową. Kościół był miejscem modlitwy, ale też manifestacją władzy, splendoru i, w pewnym sensie, próbą symbolicznego odkupienia win. W tradycji historycznej pojawia się sugestia, że Ludwik Pociej wykorzystywał sakralne inwestycje jako sposób na zatarcie złej sławy związanej z finansowymi nadużyciami. Włodawa stała się jednym z najważniejszych przykładów tej strategii. Paradoks polega na tym, że do dziś podziwiamy piękno świątyni, która mogła zostać sfinansowana z procederu destabilizującego gospodarkę I Rzeczpospolitej. Kościół św. Ludwika i klasztor paulinów we Włodawie są bezsprzecznie perłą architektury późnego baroku XVIII w. centralnej Rzeczypospolitej. Nie zmienia to faktu, że ich geneza splata się z jedną z największych afer finansowych epoki saskiej. Postać hetmana Ludwika Konstantego Pocieja pozostaje dwuznaczna. Z jednej strony mecenas sztuki i dobroczyńca zakonów. Z drugiej polityk oskarżany o psucie pieniądza, manipulacje skarbowe i cyniczne wykorzystywanie systemu.
Początek 1940 roku, pierwsze miesiące niemieckiej okupacji, przyniósł na terenach południowego Podlasia, ziemi chełmskiej i okolic Włodawy gwałtowne zmiany społeczne i narodowościowe. Jednym z najlepiej udokumentowanych źródeł opisujących ten proces są ukraińskie „Krakiwśki Wisti” po polsku Krakowskie Wieści, które relacjonowały rozwój struktur ukraińskiego życia narodowego na tych ziemiach. Z perspektywy gazety był to czas odradzania się i powrotu do ukraińskich korzeni, realizowany konsekwentnie w kilku kluczowych obszarach.
Szkoła jako fundament nowego porządku Centralnym elementem procesu ukrainizacji było szkolnictwo. We Włodawie uruchomiono siedmioklasową ukraińską szkołę powszechną, co w relacjach prasowych określano mianem wydarzenia przełomowego. Uzupełnieniem systemu oświaty było otwarcie we Włodawie bursy-internatu. Placówka zapewniała zakwaterowanie młodzieży z okolicznych miejscowości i pozostawała pod ścisłym nadzorem dyrektora. Jak podkreślała kolaboracyjna prasa, internat miał wychowywać młode pokolenie w duchu ukraińskim, łącząc edukację z opieką moralną i ideologiczną. Uroczyste poświęcenie internatu, z programem artystycznym i udziałem duchowieństwa, miało wymiar symboliczny i podkreślało rangę tej instytucji w procesie przebudowy lokalnej społeczności.
Życie kulturalne i organizacje społeczne Istotną rolę w procesie ukrainizacji odgrywały organizacje społeczne, przede wszystkim czytelnie „Proswity”. To one organizowały koncerty, przedstawienia teatralne oraz działalność chóralną. W samej Włodawie odbyły się już dwa koncerty, jeden przeznaczony dla Ukraińców i Niemców, drugi wyłącznie dla Niemców, oba ocenione jako w pełni udane. Takie wydarzenia miały integrować społeczność i budować poczucie wspólnoty, a jednocześnie manifestować obecność ukraińskiego życia kulturalnego w przestrzeni publicznej.
Obraz regionu w oczach „Krakowskich Wieści” Przywoływany w gazecie obraz powiatu włodawskiego jest jednoznaczny. Region przedstawiano jako w przeważającej mierze ukraiński, z miejscowościami, w których Ukraińcy mieli stanowić nawet 90 procent ludności. Okres międzywojenny opisywano jako czas represji i przymusowej polonizacji, a okupację niemiecką jako moment odwrócenia tego procesu i narodowego odrodzenia.
Niżej pełne tłumaczenie wzmianki o Włodawie w kolaboracyjnej prasie ukraińskiej.
PRACUJEMY! Powiat Włodawa leży na pograniczu Chełmszczyzny* i Podlasia. Nadal zachował nasz narodowy charakter. Są miejscowości, w których Ukraińcy stanowią 90 procent ludności (np. Sobibór, Krzywowierzba i inne), a wszędzie indziej co najmniej 50 procent. Przed wojną światową** powiat był całkowicie ukraiński, podobnie jak samo miasto Włodawa. Jednak terror polskiej policji i „strzelców” przysporzył wielu kłopotów. Zmusili niejednego naszego brata do porzucenia wiary rodziców, mówienia po polsku, wychowywania dzieci na Polaków itd. Ale wielu z nich wraca dziś do swoich. Polacy są naprawdę przebudzeni i nadal próbują terroryzować naszych chłopów. Rozsiewają pogłoski, że Polska powróci i że nasi chłopi powinni wyjechać za Bug i zostawić dla nich swoją ziemię. Ale ci nowi laccy wichrzyciele odnoszą nikłe sukcesy. Nasze życie rośnie i nabiera mocy z każdym dniem. W wioskach odbywają się koncerty i wystawy. W samym Włodawie odbyły się już dwa koncerty: jeden dla Ukraińców i Niemców, drugi tylko dla Niemców. Oba koncerty zakończyły się pełnym sukcesem. We Włodawie powstała siedmioklasowa szkoła ludowa i internat, gdzie pod troskliwą opieką dyrektora kształci się nowe, młode pokolenie. Niedawno internat z dobrym programem nauczania został oddany do użytku. Związek Spółdzielczy Powiatu Włodawskiego nie marnuje pieniędzy, lecz z każdym dniem rozwija się coraz lepiej. Sprzedano już dwa wozy soli; każda spółdzielnia otrzymuje cukier, olej i skóry. W Włodawie otwarto sklep spożywczy i mięsny. Trwają prace nad przejęciem młyna i otwarciem piekarni. Robota idzie wytrwale i konsekwentnie, a jej efekty będą widoczne już wkrótce.
* - ukraińska nazwa Ziemi Chełmskiej ** - chodzi o I Wojnę Światową
Niech magiczna moc wigilijnego wieczoru przyniesie Wam spokój i radość. Niech każda chwila świąt Bożego Narodzenia żyje własnym pięknem, a Nowy Rok obdaruje Was pomyślnością i szczęściem. Najpiękniejszych świąt Bożego Narodzenia życzy
Gdyby w Polsce rozdawano medale za najwyższe bezrobocie, powiat włodawski nosiłby złoto na szyi jak olimpijczyk. 15,1 procent według oficjalnych danych, a jeśli doliczyć ludzi, którzy pracy nawet nie szukają, bo uważają że nie warto pracować „na bandę osłów z cyrku na Wiejskiej”, realnie możemy dobijać do 1/4 (jednej czwartej) mieszkańców bez zatrudnienia. Region z takimi wynikami powinien już chyba trafić pod opiekę jakiegoś programu ONZ, bo to nie jest statystyka, to jest czerwony alarm obrazujący wyniki tych, którzy z uśmiechem odbierają dyplomy z napisem „Zasłużony dla powiatu włodawskiego” od starosty Mariusza Zańko.
I w tej sytuacji można by oczekiwać, że lokalna władza, samorząd i cała powiatowa rada rynku pracy zakopią się w urzędach jak w bunkrze, analizując, planując, walcząc. Można by… ale przecież istnieją rzeczy ważniejsze niż rozwój lokalnego rynku pracy, takie jak: hotele, konferencje, wyjazdy integracyjno-szkoleniowe i dobrze znane urzędnikom – „delegacja” i „refundacja”.
Turystyka szkoleniowa – nowa gałąź gospodarki powiatu?
Z dokumentów pozyskanych od Powiatowego Urzędu Pracy we Włodawie wynika jasno: nasi lokalni notable szkolili się intensywnie „podnosili kwalifikacje” w:
Kielcach – Hotel Binkowski Park ?, elegancja, basen, spa. No ale wiadomo, bez basenu nie ma dobrej polityki rynku pracy. Osoby uczestniczące: Wiesław Holaczuk, Joanna Szczepańska, Wiesława Bedenak, Joanna Kojro, Tomasz Korzeniewski, Patrycja Zińczuk, Ewa Anna Osowiec, Urszula Kazub, Michał Delekta, Michał Bądaruk Data szkolenia: 23-25.10.2024 r. Koszt całkowity szkolenia: 26 500 zł Koszt w przeliczeniu na jednego uczestnika: 2650,00 zł Tematyka szkolenia: „Rada Rynku Pracy współarmatorem nowej, lokalnej polityki rynku pracy”.
Zamościu – Hotel Renesans ?, bo kiedy bezrobocie rośnie, najlepiej poszukać renesansu gospodarki… w renesansowej starówce. Osoby uczestniczące: Andrzej Romańczuk, Wiesław Muszyński, Joanna Szczepańska, Joanna Kojro, Tomasz Korzeniewski, Wiesława Bedenak, Wiesław Gryglicki, Ewa Anna Osowiec, Urszula Kazub, Agnieszka Kuryłowicz, Krzysztof Sadowski, Tomasz Wołoszun, Anna Kolemczuk Data szkolenia: 26-27.10.2023 r. Koszt całkowity szkolenia: 24 570 zł Koszt w przeliczeniu na jednego uczestnika: 1890,00 zł Tematyka szkolenia: „Rada Rynku Pracy oraz Powiatowe Urzędy Pracy w realiach zmieniającego się rynku pracy”.
Kazimierzu Dolnym – Austeria Kazimierzowska ?, bo przecież lokalnych problemów nie rozwiązuje się lokalnie. Od tego są galerie, wąwozy lessowe i kolacje integracyjne. Osoby uczestniczące: Andrzej Romańczuk, Paweł Kołtun, Erazm Piotr Meniów, Czesław Marciocha, Tomasz Korzeniewski, Joanna Szczepańska, Joanna Kojro, Wiesława Bedenak, Ewa Anna Osowiec, Urszula Kazub, Agnieszka Kuryłowicz, Małgorzata Matczuk, Krzysztof Sadowski Data szkolenia: 20-21.10.2022 r. Koszt całkowity szkolenia: 23 010,00 zł Koszt w przeliczeniu na jednego uczestnika: 1770,00 zł Tematyka szkolenia: „Podstawy prawne funkcjonowania Rad Rynku Pracy w odniesieniu do ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Listy uczestników wyglądają jak spis treści lokalnej kroniki: urzędnicy, wójtowie, starostowie, dyrektorzy, zastępcy. A wszystko to – jakżeby inaczej – za pieniądze podatnika. Bo przecież jak szkolić się, to z rozmachem i z dala od Włodawy. Kto by tam myślał o Okunince. Czy naprawdę nie dało się tych „warsztatów” przeprowadzić nad Jeziorem Białym? Czy naprawdę trzeba było aż tak daleko jechać, żeby dowiedzieć się, że powiat ma najwyższe bezrobocie w województwie? A może chodziło o „walory szkoleniowe” menu hotelowego, noclegi, sala bankietowa?
Bezrobocie rośnie, delegacje kwitną
To, że PUP udowadnia, że robi szkolenia, programy i na portalach społecznościowych sami sobie laikują, to my już to wiemy. Problem zaczyna się wyżej. Bo ani burmistrz, ani starosta, ani rada rynku pracy nie stworzą miejsc pracy samymi wyjazdami, referatami z prezentacjami i analizą bufetu śniadaniowego. Przez lata inwestycji brak, strategii brak, współpracy z biznesem mało, a jeśli już jest – to to kończy się aferą lub karą.
W tym czasie inne powiaty:
budują strefy gospodarcze,
aktywnie podłączają się pod inwestorów,
walczą o młodych, którzy zaczynają wracać.
A u nas? U nas szkoła przetrwania, w której mieszkańcy przetrwają – albo wyjadą.
Demografia nie wybacza
Włodawa i okolice od lat wyludniają się w tempie, które powinno niepokoić nawet tych, którzy jeszcze wierzą, że „jakoś to będzie”. A „jakoś to będzie” już dawno zmieniło się w „jakoś to było”. Bez inwestycji, bez konkretnych działań, bez zmiany myślenia – będzie już tylko mniej ludzi, mniej podatków i więcej pustych okien.
Czy lubisz cookies? 🍪 Ta strona wymaga zgody na tak zwane cookies czyli ciasteczka i właśnie informuje Cię, że tutaj sa zbierane ciasteczka firm trzecich, jeśli nie zgadzasz się na tego typu internetowe praktyki, prosimy opóść tą stronę. We use cookies to ensure you get the best experience on our website. Zobacz więcej