Podczas ubiegłego tygodnia na terenie naszego powiatu doszło do kilku bardzo niebezpiecznych pożarów. Codziennie mamy do czynienia z kilkoma pożarami traw. W czwartek natomiast doszło do pożaru dachu w budynku mieszkalnym w Woli Uhruskiej. W piątek Dyżurny Stanowiska Kierowania otrzymał zgłoszenie o pożarze dachu hali produkcyjnej w Krychowie.
W sobotę doszło do pożaru obory w miejscowości Suszno. Natomiast w niedziele mieliśmy do czynienia z pożarem garażu w miejscowości Adampol. Poniżej relacja zdjęciowa ze zdarzeń z ubiegłego tygodnia. Apelujemy o niewypalanie traw oraz o zachowanie środków ostrożności przy wszelkich pracach porządkowych i gospodarczych.
Opowieść tę dedykuję tym wszystkim "sierotom" po PRL-u, które nadal usilnie wierzą, że wkroczenie tutaj Sowietów w lipcu 1944 r. było wyzwoleniem! ?
Od pierwszych tygodni nowej okupacji (lipiec 1944 r.) ludność i członkowie podziemia w powiecie włodawskim byli terroryzowani sowieckimi obławami, w trakcie których zatrzymywano setki osób, a następnie osadzano ich i „filtrowano” (a często również mordowano) w specjalnych obozach i aresztach NKWD, PUBP we Włodawie oraz gminnych posterunkach MO.
Obozy filtracyjne NKWD, założone tuż po wkroczeniu Sowietów na te tereny w lipcu 1944 r., zlokalizowane były w Krychowie (gm. Hańsk) oraz Krasówce, położonej około 15 km na północny-zachód od Włodawy (a o ilu jeszcze nie wiemy?!). Trzymano tam Polaków w głębokich dołach, pod gołym niebem. Najbardziej aktywnych konspiratorów rozstrzeliwano na miejscu, innych odsyłano do więzienia na Zamku w Lublinie lub wywożono do niewolniczej pracy w sowieckim systemie gułagów (obozów pracy).
Przejmujący opis funkcjonowania obozu w Krasówce znajdujemy w artykule, pochodzącego z Wileńszczyzny, zmarłego w 2008 r. znakomitego chełmskiego regionalisty Konstantego Prożogo, który po wojnie współpracował ze Zrzeszeniem WiN, za co został przez komunistów aresztowany i w 1948 r. skazany na 15 lat więzienia. Poniżej fragment (całość w załączonych materiałach):
„Rankiem 22 lipca 1944 r. do wsi wtoczyły się z szumem motorów i jazgotem gąsienic czołgowych, wojska sowieckie. W części miejscowości noszącej lokalną nazwę Paszki, zatrzymał się sztab (ponoć Rokossowskiego). Niezwłocznie zwołano więc mieszkańców Krasówki, na którym oficer NKWD w randze majora, ognisty brunet o rysach wybitnie wschodnich, poinformował mieszkańców o dobrodziejstwach komunistycznego ustroju i o wyzwoleńczej misji Armii Czerwonej.
Jednocześnie zakomunikował, że kompleks zabudowań (ok. 20 gospodarstw) po północnej stronie ulicy wiejskiej musi być natychmiast opuszczony przez ludność, jako że zostaną tam zakwaterowani wojskowi. Z miejsca też teren ten otoczono płotem z drutu kolczastego i obstawiono wartami. Wewnątrz tego wydzielonego obiektu, poza osłoną zabudowań, na tzw. pastewniku należącym do trzech gospodarzy: Koszelika, Dziudzia i Korneluka, stworzono strefę otoczoną szczególną tajemnicą. Na terenie wielkości 25 m x 70 m zbudowano, jak to określali enkawudziści, „polową tiurmę”. Został on otoczony dodatkowym ogrodzeniem z drutu kolczastego i zabezpieczony specjalnymi wartami sołdackimi. Na tym placu przy pomocy miejscowej ludności wykopano 24 doły o wymiarach 2 x 2,5 m i głębokości ok. 2 m. Wobec tego, że w tym miejscu grunt był zwarty i ilasty, nie trudzono się, by ściany tych dołów obudować drewnem, ograniczono się tylko do wykonania nawału z żerdzi, które przykryto dla uszczelnienia warstwą słomy i przysypano ziemią.
[wp_ad_camp_4] W takich stropach pozostawiano nieduże otwory (60 cm x 80 cm), zabezpieczone ramami okratowanymi drutem kolczastym. Po pośpiesznym zakończeniu tych robót do obozu poczęto w nocy zwozić aresztowanych ludzi. Pojemność tej tiurmy NKWD wynosiła około 250 więźniów. Przesłuchania ich przeprowadzano poza obozem, w stojącym na uboczu domu, który należał do Jakuba Szytko. Z tych jam-ziemianek brano na śledztwo ludzi, wstawiając przez właz do wewnątrz drabinkę. Wobec surowego zakazu zbliżania się do obozu miejscowej ludności, tryb życia więźniów nie był znany. Tylko przypadkowo jedna z mieszkanek wsi stała się świadkiem sposobu przesłuchiwania więźniów.
Przechodząc koło zagrody Szytki, spostrzegła niezwykle szokującą scenę. Ponieważ dzień był letni, gorący, badanie odbywało się na dworze. Przed dom wystawiono stół, za którym siedział wspomniany już major NKWD w asyście dwu młodszych oficerów. Przed nimi klęczało z podniesionymi rękoma 4 więźniów, dozorowanych przez sołdatów z pepeszami w rękach. [...] Towarzysz major surowo skarcił kobietę, która natknęła się na moment przesłuchania więźniów i zagroził, że jeśli komukolwiek opowie o tym, co widziała, ślad po niej zaginie.
Łagier w Krasówce miał zapewne szczególnie istotne znaczenie w procesie zniewolenia narodu polskiego, skoro przywożono tu na śledztwo więźniów z odległych miejscowości, a nawet ze „stołecznego” Lublina. Tutaj też zapadły decyzje co do dalszych losów skazańców. W skryty sposób, nocą, byli oni tu przywożeni i w podobny sposób stąd ich wysyłano w nieznane. Na początku miesiąca września tego samego 1944 roku, niespodzianie w ciemnościach nocy usunięte zostały zasieki z drutu kolczastego, zasypane doły ziemianek i ewakuowana załoga łagru. Ludzie mogli powrócić do swych domów.
Po pewnym czasie w miejscu, gdzie funkcjonował obóz, po jego zachodniej stronie, na gruncie należącym do Korneluka, powstało zapadlisko odsłaniając zwłoki ludzkie. Mieszkańcy wsi zasypali dół, nie próbując ustalić, ilu ludzi było tam pogrzebanych. Pastewnik, na którym znajdowała się „polowa tiurma”, nadal nie jest zabudowany ani zaorany, tylko w jego sąsiedztwie już w latach siedemdziesiątych wzniesiono zabudowania mleczarni”*. * K. Prożogo, "Krasówka - »polowa tiurma« NKWD", [w:] „Pro Patria”: magazyn katolicko-społeczny, nr 9/10, 1994, s. 7-8.
PS. Na koniec taka smutna konkluzja... Gdzieś tam w Krasówce stoją jakieś dwa stare krzyże, choć raczej upamiętniają zabitych podczas II w.ś. niż ofiary "wyzwolicieli". Na pewno do dzisiaj gdzieś na polach w Krasówce nadal leżą, wdeptane w błoto, szczątki naszych żołnierzy Armii Krajowej, których poszukiwaniem zapewne za jakiś czas zajmą się moi koledzy z Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN.
Ale najbardziej kuriozalne jest to, że stoi on w miejscu, gdzie 14 października 1939 r. sowieccy okupanci przekazali swoją władzę nad miastem okupantom niemieckim (patrz: zdjęcia)! Ech... jak pisał Herbert... "Ignorancja ma skrzydła orła i wzrok sowy". Chichot historii i... potworny WSTYD! ?
informuje, "że opublikowaliśmy nowe harmonogramy odbioru odpadów komunalnych dla
wszystkich gmin należących do Międzygminnego Związku Celowego na pierwsze półrocze 2020 roku." wlodawa.net prezentuje państwu dziś tylko dane w formacie obrazków, liczymy że w MZC Włodawa ktoś w końcu nauczy się prezentować dane w formacie txt.
Na początku tygodnia dyżurny włodawskiej komendy odebrał zgłoszenie od 54-letniego mieszkańca gm. Trawniki, z którego wynikało, że nieznani sprawcy, z nieznanych mu powodów w Krychowie zniszczyli jego samochód marki Peugeot. Powybijali mu reflektory, wyrwali ramkę rejestracyjną, antenę CB radia i przebili opony. Pokrzywdzony straty oszacował na kwotę 3 tys. złotych.
Na miejsce dyżurny skierował policjantów z Komisariatu Policji w Urszulinie, którzy po przejrzeniu monitoringu wytypowali sprawców. Okazali się nimi 46 i 28 letni mieszkańcy gm. Hańsk.
46 – latek w chwili zatrzymania miał ponad 2 promile alkoholu w organizmie. Mężczyzna trafił do policyjnego aresztu. Policjantom powiedział, że nie to on jest sprawcą, ale za zniszczenie zapłaci. Wie, że samochód zniszczono, bo tamten kierowca przejechał dziecko na pasach, ale nie powie, kto to zrobił.
[wp_ad_camp_4]
Sprawdzenie tej wersji zdarzenia okazało się nieprawdą. W trakcie prowadzonych czynności policjanci z Urszulina ustalili kolejnego sprawcę – 28 latka gm. Hańsk. W chwili zatrzymania mężczyzna znajdował się w stanie nietrzeźwości miał ponad 1, 5 promila alkoholu w organizmie i również trafił do policyjnego aresztu.
Po wytrzeźwieniu obaj mężczyźni usłyszeli zarzuty zniszczenia mienia. Przyznali się do popełnienia tego czynu. Tłumaczyli, że gdy jechali samochodem po alkohol do Hańska jadący z przeciwnego kierunku kierujący nie zjechał im z drogi, dlatego oni zmuszeni byli zjechać na pobocze. To ich bardzo zdenerwowało i gdy wrócili ze sklepu, na widok zaparkowanego pojazdu postanowili go zniszczyć.
Za zniszczenie mienia grozi im kara do 5 lat pozbawienia wolności. Na poczet grożącej kary od 46-latka – inicjatora zajścia zatrzymano mienie w wysokości 1500 złotych.
Czy lubisz cookies? 🍪 Ta strona wymaga zgody na tak zwane cookies czyli ciasteczka i właśnie informuje Cię, że tutaj sa zbierane ciasteczka firm trzecich, jeśli nie zgadzasz się na tego typu internetowe praktyki, prosimy opóść tą stronę. We use cookies to ensure you get the best experience on our website. Zobacz więcej